PANOWIE KOMEDIANCI

Autor: malarz czechosłowacki

Data publikacji: 9.04.2011 (tu)

 

 

Jesteśmy wirusem w butach. Religia to kupa gówna. Nie wysyłajcie jedzenia potrzebującym. I co złego jest właściwie w dziecięcej pornografii? Czyli bardziej stand-up niż comedy.


W Polsce ciągle raczkuje. Dość nieudolnie – jak to z raczkowaniem. W Stanach Zjednoczonych istnieje już od połowy XIX wieku. I też nie od razu był czymś więcej niż czystą rozrywką. Składał się ze stojącego na scenie faceta, który opowiadał dowcipy, czasami wzbogacając je zabawnymi piosenkami i pantomimą. Wszystko ładnie, śmiesznie i tak, by nie nadepnąć na odcisk. Bez polityki, bez seksu, bez brzydkich słówek. Atmosfera cyrkowo-kabaretowa - bierz dzieci i przychodź.

I przychodzili. Przez długie lata przychodzili, a komicy odgrywali swoje role wesołków, posłusznie wypełniając społeczeństwa zapotrzebowanie na humor. Rodzinna rozrywka. Mogłaby nią być jeszcze przez długi czas. Świat jednak, jak to świat, poszedł do przodu. Odkryto nowe formy ekspresji albo dostrzeżono potencjał w tych, które pozostawały w cieniu. Jak stand-up. Na przełomie lat 50. i 60., gdy w Ameryce ogólnokrajową sławę zaczął zdobywać Lenny Bruce, wszelkie wyobrażenia o tym często klauniarskim dotąd spektaklu zaczęły topnieć. Z pozytywnej, mieszczańskiej rozrywki dla cioć i wujków, stand-up stał się poezją, manifestem i rock 'n' rollem w jednym.

Chory humor
Lenny Bruce. Ojciec nonkonformistycznego stand-upu. Zaczynał grzecznie. Schludnie ubrany, starannie ułożona fryzura, ciepły uśmiech, żarty na temat Elizabeth Taylor. Dobry, ale pozostający po słusznej stronie. Zdaniem matki, dopiero rozwód ze striptizerką Honey Harlow w 1957 roku sprawił, że humor Bruce’a zaczął ewoluować, stał się bardziej kreatywny. Zainteresował się nim Hugh Hefner, zapraszając komika do występu w pierwszym odcinku programu telewizyjnego Playboy’s Penthouse. Już wtedy, zapowiadając swego gościa, twórca potęgi królika pod muchą użył słów „chory humor”. Chory, bo w mało popularny sposób dotykający delikatnych tematów, takich jak religia czy seks. „Gdyby Jezus został zabity 20 lat temu, dzieci w szkołach katolickich nosiłyby małe krzesła elektryczne wokół szyi, zamiast krzyży”, mówił. Sam zarzuty, jakoby jego humor był chory, potrafił obracać w żart. Ale nie wszystkim było do śmiechu.


Na początku października 1961 policja w San Francisco aresztowała Bruce’a po występie, w którym padło z jego ust słowo cocksucker. Został uniewinniony, lecz od tej pory władze nie spuszczały go z celownika. Przełożyło się to na coraz mniej zaproszeń od właścicieli klubów, którzy bali się, że w przypadku aresztowania w ich lokalu, sami mogli otrzymać zarzuty i stracić licencję.


A prawdopodobieństwo, że Bruce zostanie aresztowany było wielkie. Był na tyle dużym konikiem policji, że ta zaczęła odwiedzać go już nie tylko na scenie, ale i w domu. Kiedy Bruce poprosił jednego z funkcjonariuszy o nakaz przeszukania, ten wyciągnął pistolet i fuknął krótko: „Oto mój nakaz”. Sięgali zresztą dalej. Na lotnisku w Wielkiej Brytanii mundurowi zawrócili go z powrotem do Stanów, tłumacząc, że jego pobyt tutaj nie leży w interesie publicznym Zjednoczonego Królestwa.


Tak samo jak władze miały obsesję na punkcie Bruce’a, tak i on zaczął mieć w końcu obsesję na punkcie władz. Całymi dniami studiował prawo, na scenie pojawiał się z arkuszami wypełnionymi aktami prawnymi, które czytał publiczności. Coraz mniej zabawny, coraz mniej zadbany i coraz bardziej uzależniony od narkotyków.


W kwietniu 1964 policjanci w cywilu aresztowali go podczas występu w Nowym Jorku. Głośny proces, w którym komika otwarcie wsparło wielu artystów, w tym Bob Dylan, Woody Allen i Allen Ginsberg, zakończył się skazaniem Bruce’a na 4 miesiące prac w zakładzie karnym. Dzięki apelacji nigdy tam nie trafił i choć pozostał na wolności, występował rzadko. Bały się go kluby w całym kraju i Bruce postanowił zaszyć się w swoim domu w Hollywood Hills, gdzie kultywował maniakalne zgłębianie prawa. 3 sierpnia 1966 roku znaleziono go martwego na podłodze jego posiadłości. Zmarł w wieku 40 lat od przedawkowania morfiny.


7 Dirty Words
Aresztowaniom Bruce’a, jako naczelnego obrazoburcy kraju, towarzyszyły naturalnie policyjne wszelkie ostrożności. W Chicago, na przykład, w 1962 roku funkcjonariusze po jego występie zaczęli legitymować bogu ducha winną widownię. Skonsternowany lud wyciągał dowody i dopiero szczupły młodzieniec sprzeciwił się akcji władz, odmawiając poddania się kontroli. Natychmiast go zatrzymano i zapakowano do tego samego samochodu, w którym siedział Bruce. Szczupły młodzieniec nazywał się George Carlin i kilkadziesiąt lat później stał się najważniejszym komikiem przełomu wieków.


Startował w latach 60. Też dość bezpiecznie, też w garniturze i krawacie, też z materiałem odpowiednim dla rodzinnej telewizji, gdzie go z chęcią zapraszano. A potem były lata 70.


Carlin zapuścił długie włosy, gęstą brodę, a zestaw urzędnika zastąpił jeansami i t-shirtem. Publiczności opowiadał o siedmiu słowach, których nie można używać w telewizji, a szkoda. Shit, piss, fuck, cunt, cocksucker, motherfucker, tits. Przepis na zostanie aresztowanym pod zarzutem obsceniczności. Doszło do niego w Milwaukee w 1972, ale cała sprawa zakończyła się pomyślnie dla komediowego rebelianta.


W drugiej połowie lat 70. zaczął nagrywać występy dla HBO. Przez trzydzieści lat wyprodukowano ich czternaście. Każdy kolejny coraz bardziej konfrontacyjny, coraz mocniej wyrażający rozczarowanie społeczeństwem i szeregiem jego konwenansów i wierzeń. Kpił z religii i samej idei wielkiej niewidzialnej postaci mieszkającej w niebie. Mówił, że woli się już modlić do Joe Pesci’ego, bo ten zrobił porządek z jego kłopotliwym sąsiadem jedną wizytą z kijem baseballowym w dłoni, podczas gdy Bóg przez lata nie zrobił nic. Śmiał się ze zwyczaju ściągania czapki w kościele. „Jeśli chłopiec wchodzi do kościoła, musi zdjąć czapkę, by uszanować obecność Boga. Ale wcześniej mówili mi już, że Bóg jest wszędzie. Zastanawiałem się więc – skoro Bóg jest wszędzie, po co w ogóle posiadać czapkę? Dlaczego nie okazać szacunku i w ogóle jej nie kupować?”, szydził, wspominając zasady wpajane mu w dzieciństwie.
 

Drwił z problemów, jakie znajdują sobie ludzie, z ich troski o środowisko, o której mówił, że jest jedynie pozorna, a w rzeczywistości ci ekoterroryści, jak nazywał jego stróżów, martwią się jedynie o to, że kiedyś mogą się poczuć niewygodnie. A poza tym chcą bezpiecznej przestrzeni dla swoich volvo. Wszystko, co poważne i bezkrytyczne wrzucał do ścieku. Również słowa. Język zresztą fascynował go od najmłodszych lat. „Wiesz gdzie możesz to sobie wsadzić – mówią ludzie, gdy są źli. A co jeżeli nie wiesz? Co jeżeli jesteś tutaj nowy? Powinna istnieć rządowa broszura zatytułowana 'Gdzie to sobie wsadzić'. Choć, gdy tak teraz o tym myślę, jest taka rządowa broszura… wysyłają ją wam 15 kwietnia!”, mówił, odwołując się do terminu zwrotu podatku w USA.


Każdy jego występ był manifestem, dlatego dzisiaj, niespełna trzy lata po jego śmierci, cieszy się niesłabnącą popularnością, coraz większą także w Polsce. W Stanach postacią kultową był już dawno. W sporządzonej przed kilkoma laty przez Comedy Central liście 100 największych komików w historii zajął drugiej miejsce.


Pryor biegnie po ulicy
Jedynym, który go wyprzedził był Richard Pryor. Zabawny niewidomy z głośnej komedii „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem”. I w ogóle znany aktor. Z Gene’em Wilderem stworzył jeden z najbardziej charakterystycznych duetów komediowych w historii kina. Zanim jednak pojawił się na wielkim ekranie, w latach 70. zdobył rozgłos jako genialny komik, nazwany przez Jerry’ego Seinfelda "Picassem stand-upu".


Picassem, bo sceniczne obrazy malował z wprawą geniusza. Od komicznej wrażliwości, przez mimikę i gestykulację, do barwnego języka. Zabijał śmiechem. I choć korzystał z szerokiego wachlarza wulgaryzmów, krążył wokół seksu, narkotyków, alkoholu i rasizmu, nie budził takich kontrowersji i protestów jak Bruce czy Carlin. Co wcale nie oznacza, że był grzecznym chłopcem. Miał swoje demony. Nie zawsze dostępne dla szerokiej publiczności.


Wielokrotnie się żenił, zwykle na rok, dwa. Tymczasowe wybranki serca oskarżały go o przemoc. Głównie, gdy brał narkotyki. A brać lubił. Szczególnie kokainę. W 1980 roku, w próbie samobójczej, podpalił się w czasie jej podgrzewania, po czym wybiegł na ulicę. Dopiero policja zdołała go ugasić. Poparzona została ponad połowa jego ciała i przez kilka tygodni musiał dochodzić do siebie w szpitalu. Potem śmiał się z tego ze swoją publicznością. Wymachiwał palącą się zapałką i mówił „Co to? To Richard Pryor biegający po ulicy!”.


O tym, że kokaina była jedną z jego większych miłości przekonał się też pewien dziennikarz telewizyjny, który przeprowadzał poranny wywiad z Pryorem. Po nagraniu okazało się, że wystąpiły kłopoty techniczne z dźwiękiem i ustalono, że ekipa filmowa przyjdzie tego samego dnia w porze obiadowej, by po raz drugi zarejestrować rozmowę. Gdy się zjawili, Pryor był już na kokainowym haju. Bez przerwy się kręcił, poprawiał fryzurę, a dziennikarzowi nie dawał dojść do głosu. Zupełnie porzucił konwencję wywiadu, nie myślał o żadnych hamulcach. Gene’a Wildera nazwał „pedałem” i stwierdził, że może mu „ssać fiuta”, choć zaraz dodał, że w zasadzie go lubi. Siebie samego nazywał przestępcą i „bogatym, ignoranckim czarnuchem”. Gdy po chwili dziennikarz ponownie spróbował zadać pytanie, Pryor zaczął imitować masturbację. Potem się jeszcze pytał indagującego, czy mógłby się pobawić jego przyrodzeniem. Po dziesięciu minutach ekipa telewizyjna dała za wygraną i zaczęła się pakować.


W 1986 roku zachorował na stwardnienie rozsiane. Występował już rzadko, ale przez lata pozostawał w dobrym nastroju. Na początku 2005, gdy krążyły plotki, że nie może mówić, na jego oficjalnej stronie pojawił się wpis żony, cytującej jego słowa – „Rzygać się chce od tego szajsu, jakobym nie mógł mówić… nieprawda… dobre dni, złe dni… ale wciąż jestem gadającym skurwysynem!” Zmarł w grudniu tego samego roku.


A, AAAAAAAAA!
Gdy Carlin i Pryor wypełniali teatry, w małych klubach w Houston kwitła jedna z najważniejszych scen amerykańskiego stand-upu. Przetoczyło się przez nią wielu dobrych i dwóch wyjątkowych komików. Pierwszym z nich był Sam Kinison. Może się kojarzyć z rolą anioła stróża w serialu „Świat według Bundych”. I choć określać go można wieloma przymiotami, anioł nie wchodzi w grę.


Niepokoił już samym wyglądem, szczególnie na początku. Czarna skórzana kurtka, czarne rękawiczki, mroczne spojrzenie. Przypominał stereotypowego zabójcę. I co chwilę coś wykrzykiwał. A krzyczał głośniej niż piekło. Przyjaciel Carl LaBove wspomina jak podczas jednego z występów rzucił się nagle na faceta na widowni, przewrócił go i udawał akt seksualny, krzycząc przy tym: „Nie sadziłeś, że padniesz ofiarą homoseksualnego gwałtu w połowie występu, co?!” Mało kto wierzył, gdy słyszał, że Kinison był wcześniej kaznodzieją i nauczał, by nie szukać Jezusa, bo Jezus jest w nas.


Jako komik niósł już inne nauki. Marzył, żeby po jego występach każdy mężczyzna był lepszy w seksie francuskim. Radził, aby partnerce serwować alfabet, bo to łatwe, kreatywne i przyjemne. I żeby się wcześniej golić.


Czarny humor i ciągnąca się za nim atmosfera nieprzewidywalności szybko zyskały mu sławę. Na jego występy przychodzili rozwrzeszczani fani rocka, ekstatycznie reagujący na jego zdzieranie gardła. Uwielbiał zresztą ostre brzmienia, sam grał na gitarze, czasami jako dodatek do swojego show. Próbował też śpiewać. Z grupą znanych muzyków, w tym ze Slashem i Stevenem Tylerem, nagrał w latach 80. własną wersję „Wild Thing” The Troggs. „Lubię muzykę, która wali cię prosto w mordę”, mówił. Dlatego nie przepadał za wychilloutowanymi raperami. „Jeżeli chcesz być seryjnym mordercą, wybieraj na cel kogoś interesującego - zdejmuj raperów!”, apelował podczas występu, kiedy na widowni siedział Ice-T.


Jego popisowym numerem był telefon do byłej partnerki faceta wybranego z widowni. Szukał gościa, który został najbardziej skrzywdzony przez kobietę, ustawiał głośnomówiący i razem dzwonili do dziewczyny. Kinison kulturalnie się przedstawiał, mówił, że jest obok niego ten a ten, po czym wykrzykiwał do słuchawki szereg najgorszych epitetów. Prawdopodobnie ustawiane. Ale i tak dobre. I wcale nie tak, że Kinison do ataku potrzebował scenariusza. Kiedy Howard Stern chciał w swoim programie zakopać topór wojenny pomiędzy nim a komikiem i aktorem Bobcatem Goldthwaitem, Kinison po kilku minutach rozmowy naubliżał Goldthwaitowi na antenie, wyzywając od nieudaczników i grożąc skopaniem tyłka. Sterna zmusił potem, żeby nagrał się Goldthwaitowi na sekretarkę, krzycząc, że to Kinison jest królem i Bobcat mu nigdy nie dorówna.


Jego błyskotliwą karierę zakończył wypadek w 1992 roku. W samochód Kinisona pickupem wjechał pijany 17-latek. Miał 38 lat.


Mroczny poeta
Drugi z wybitnych komików z Houston nie osiągnął aż tak dużego rozgłosu. Choć występował u Lettermana i nagrał program dla HBO, pozostawał raczej podziemnym komikiem, o którym pisało się w alternatywnych gazetkach i wymieniało odrapane taśmy z występami. Billa Hicksa doceniono później. Zdaniem Keitha Olbermanna i legionu fanów, gdyby tylko miał nieco więcej czasu, mógłby rozpocząć rewolucję.


Podobnie jak Kinison, sporo krzyczał podczas występów, choć zupełnie inaczej. Jego krzyk był pełen rozczarowania i złości. Widzów potrafił wyzwać od kretynów, a jego występy często zamieniały się w tyrady przeciw ludzkiej bezmyślności i hipokryzji. Wielu oburzał, wywołując gwizdy, wprawiając w ruch butelki klienteli, organizatorów zmuszając do gaszenia świateł w trakcie programu.


Zwykle z papierosem w ustach, drwił z tych, którym przeszkadza tytoniowy dym, radząc, żeby rozejrzeli się wokół, zobaczyli świat, w którym żyją, i się zamknęli. Palenie było jednym z jego ulubionych tematów. Podobnie jak narkotyki, seks, polityka i muzyka. Ubolewał, że w mediach błyszczy nastoletnia Debbie Gibson, śpiewająca piosenki o miłości. Żałował, że Jimi Hendrix nie żyje i nie może "pokazać temu dziecko prawdziwej miłości".


O Bushu seniorze mówił, że jest masowym mordercą. Dziwił się, że Reagan wciąż żyje i proponował, że osobiście wbije mu strzykawkę z AIDS w gałkę oczną. „Ronald: sześć liter. Wilson: sześć liter. Reagan: sześć liter. Dosyć przerażający zbieg okoliczności, co?”, retorycznie pytał publiczność.


Potrafił nawiązać świetny kontakt z widownią, genialnie sprawdzał się w improwizacji. Kiedy jednak nie miał nastroju, łatwo było wyprowadzić go z równowagi. Podczas słynnego występu w Chicago, zupełnie rozbity głośnym zachowaniem publiczności, krzyczał „Hitler miał słuszną ideę, po prostu nie wykorzystał swoich możliwości!”, po czym prosił Boga, żeby zabił ich wszystkich.


Szybko okrzyknięto go następcą Lenny’ego Bruce’a, choć w przesuwaniu granic poszedł jeszcze dalej. I z racji czasów, w których występował, nie miał na karku policji. Miał za to cenzorów. W 1993 roku cały jego 6-minutowy występ został usunięty z programu Lettermana, co stało się przyczynkiem do obszernego profilu Hicksa w New Yorkerze. W tym czasie, o czym wiedziało jedynie grono najbliższych, Hicks chorował już na raka trzustki. W listopadzie 1993 roku, amatorską kamerą, po raz ostatni zarejestrowano go na filmie. Schodząc ze sceny w rytm muzyki Rage Against The Machine, pokazał publiczności dwa środkowe palce. Nieoficjalne pożegnanie ze światem.


Słabł z każdym dniem, ale występował jeszcze do stycznia kolejnego roku. Zmarł w następnym miesiącu, licząc 32 lata.


Pobudza i zabija
Dzisiaj rolę naczelnego kontestatora stand-upu przejął Doug Stanhope. Stale występując z kiepem i flaszką w dłoni, przypomina komediowego spadkobiercę beatników. „Co jest złego w dziecięcej pornografii? Co jeśli oglądasz dziecięcą pornografię, bo uważasz, że jest przezabawna?”, pyta swojej publiczności, pokazując, że choć Hicksa czy Pryora nie ma, stand-up ma się dobrze i wciąż intelektualnie stymuluje. Zabijając przy tym śmiechem. Choć nie zawsze. I nie wszędzie.